Uwielbiam migdały. Od zawsze. Większości z nas kojarzą się z dużą zawartością magnezu, a są bogactwem wielu innych cennych składników. Nieraz kupowałam paczuszkę, która starczała mi na kilka razy. Gdy potrzebne mi były migdały bez skórki zalewałam je wrzątkiem żeby łatwiej było mi ją zdjąć. Podobnie robiłam z rodzynkami. Teraz już tak nie robię. Wystarczy, że namoczę je w letniej wodzie. Dzięki temu nie tracą swoich wartości odżywczych.

Gdy przestałam pić mleko krowie szukałam zamienników. Kupiłam w sklepie „mleko” migdałowe popularnej firmy w kartonie. Nie smakowało mi. Również jego skład sprawił, że więcej po nie nie sięgnę. Dopiero mleko kokosowo-migdałowe zrobione w domu okazało się pyszne i bez szkodliwych substancji.

Po niedługim czasie odkryłam, że ważne jest to skąd pochodzą migdały. Te ze Stanów Zjednoczonych, a więc najczęściej dostępne w sprzedaży nie są surowe lecz pasteryzowane. Od 1 września 2007 roku wszystkie migdały kalifornijskie muszą być poddane pasteryzacji. Również te organiczne.  Jest to 80 % procent migdałów sprzedawanych na całym świecie. Za powód podaje się względy bezpieczeństwa. Wynika to z tego, że w 2003 i 2004 roku po zjedzeniu migdałów firmy Paramount Farms Inc. bakterią salmonelli w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie zaraziło się co najmniej 29 osób. Pasteryzacja ma wyeliminować potencjalne patogeny na ich powierzchni, w tym ryzyko zakażenia bakteriami salmonelli. Ale żeby od razu wydawać zarządzenie o pasteryzacji (zabijaniu wartości odżywczych) wszystkich migdałów? Przecież takie pojedyncze przypadki zatrucia salmonellą zdarzają się także po spożyciu innych produktów. Ciekawe co powiedzieliby na to zwolennicy surówek, tiramisu i ciastek z kremem. Jedząc sushi możemy złapać listeriozę lub inne bakterie, a nikt nie każe go pasteryzować i nie jest ono obwarowane prawnymi, narzuconymi z góry zakazami. Wręcz przeciwnie moda na sushi w Polsce pojawiła się kilka lat temu i nie przeminęła.

Wracam do migdałów.

Gdy szukano sposobów pasteryzacji migdałów najważniejsze okazało to by móc te metody stosować na masową skalę, nie ponosząc dodatkowych kosztów i nie tracąc czasu. Jak wiadomo, jest to masowa produkcja gdzie liczy się zysk a nie dobro (zdrowie) konsumentów. Kierując się tymi kryteriami za efektywną metodę uznano użycie ciepłego powietrza (prażenie) i zastosowanie podczerwieni. Rzekome względy bezpieczeństwa powodują, że zmienia się smak, tekstura i co najważniejsze wartość odżywcza, a na pasteryzowanych migdałach może nadal widnieć etykieta, że są surowe (raw). Przepisy tego nie zabraniają. Właśnie dlatego lepiej nie kupować kalifornijskich migdałów.magnez

Zrobiłam tak. Kupiłam paczuszkę w ekologicznym sklepie i od razu dostrzegłam różnicę. Migdały są pyszne. Skórka łatwo od nich odchodzi. Co najważniejsze nie są napromieniowane i surowe tylko z nazwy. Są po prostu bardzo zdrowe i pyszne, dlatego warto włączyć je do swojej diety. W skrócie przypomnę, że migdały alkalizują. Pomagają więc zachować równowagę kwasowo-zasadową organizmu. Są bogate w witaminy z grupy B (tiamina, ryboflawina, niacyna, wit. B6, kwas foliowy), witaminę E i minerały (takie jak wapń, żelazo, magnez, potas, fosfor, cynk, sód). Oczywiście są też doskonałym źródłem błonnika i niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych.

Dla kobiet w ciąży i karmiących piersią migdały są doskonałą przekąska. Moje dzieci uwielbiają dosłodzone daktylami mleko kokosowo-migdałowe, a masło migdałowe jest prawdziwym wysoko odżywczym rarytasem. Dlatego zachęcam wszystkich do jedzenia surowych migdałów 🙂

Piąteczka

Źródło tu: http://www.foodsafetynews.com/2012/02/usda-develops-new-more-efficient-method-of-almond-pasteurization/#.VhfYUPntmko i tu: http://www.naturalnews.com/021989.html