Niemiłe dobrego początki

Dzisiaj nie będzie nowego przepisu. Weekend zaowocował kilkoma przemyśleniami którymi postanowiałm się z Wami podzielić.

Gdy postanowiłam zmienić sposób odżywiania naszej rodziny wcale nie okazało się to proste. Im więcej czytałam tym jaśniejsze stawało się to, z jak wielu rzeczy trzeba będzie zrezygnować. W głowie pojawiały się różne myśli w stylu: Tego nie wolno, tego też nie wolno, więc co jeść, co teraz gotować? Tak żeby podać dzieciom zdrowe i zbilansowane posiłki. W moim umyśle zapanował chaos, którego do teraz nie udało mi się jeszcze pozbyć. Spowodowany jest pewnie wyjściem ze strefy komfortu, którą sobie stworzyłam, przyzwyczajeń, nawyków. Ale wiem, że jestem na dobrej drodze.

droga

Najważniejsze przy zmianach jest poukładać sobie w głowie. Ze zdrowego jedzenia trzeba się cieszyć. To jest przecież dla nas dobre.

Zmieniam swój styl życia, niektóre formy spędzania wolnego czasu, jakim jest dla mnie np. oglądanie wybranych programów w telewizji. Dodam jako fanka tego typu rozrywki, że nie pomoże oglądanie Master Chefa, Top Chefa, Ugotowanych, Piekielnej Kuchni czy Kuchennych Rewolucji.

Najlepsze są jak najmniej przetworzone i proste potrawy. Jedzenie nie może być celem w samym sobie.  Ma nam służyć. Jemy żeby żyć, a nie odwrotnie. Głównym celem jedzenia nie powinna być przyjemność ale odżywczość. Niby to takie oczywiste ale jasne jest też wiele innych rzeczy których nie robimy. To co jemy powinno być smaczne, nie powinno być przykrym obowiązkiem. Nie chcę, żeby ktoś mnie źle zrozumiał 🙂 Gotowanie dla innych i podawanie im jedzenia sprawia mi radość. Cieszę się kiedy możemy razem usiąść do posiłku. To tworzy więzi w rodzinie.

Czasami myślę, że żyjemy w jakimś matriksie. Zdrowej żywności trzeba szukać. Nie jest podstawą naszego żywienia. Zdrowy styl życia niby jest promowany ale tylko jeśli ktoś na tym zarabia. Większość z nas nie jest świadoma tego jak ważne jest zdrowe jedzenie. Lekarz nie powie nam tego, że wyleczyć się z niejednej choroby możemy poprzez zmianę diety.

Moim zdaniem ciężko jest nagle odrzucić wszystkie nawyki żywieniowe. Dlatego że, często może runąć cały Twój świat, który sobie stworzyłeś. Nie uważam też tego za bardzo zdrowe. Jeśli do tej pory odżywialiśmy się mówiąc delikatnie nienajlepiej może to być zbyt duże obciążenie dla naszego organizmu, szczególnie dla wątroby. Nie jestem lekarzem ale wydaje mi się, że nagła ilość toksyn których organizm zacznie się pozbywać może ją naprawdę zmęczyć. Do detoksu trzeba się przygotwać. Przynajmniej ja robię to stopniowo.

Na początek była to jedna zasada: nie jemy białej mąki, nie używamy cukru. Po kilku dniach doszło ograniczenie słodyczy ale nie całkowite wyeliminowanie. Jest to trudne bo zarówno mąka jak i cukier znajdują się w wielu produktach. Odrzucenie wszystkiego wydaje mi się czymś porównywalnym z rzuceniem jednocześnie kilku nałogów. W życiu, w głowie pojawia się pewna pustka. Możemu poczuć się źle. Nie jest to przyjemne ale się opłaca.

Na początku wiele rzeczy musiałam sprawdzać. Robię to do tej pory. Nie do końca wiem co kupić do jedzenia, jak to zrównoważyć. Często uczę się na własnych błędach. Np. kupuję syrop z agawy i myślę, że robię dobrze. Po czym mąż wspomina mi, że jest to wysoce przetworzony produkt. A jednak producent reklamuje go jako zdrowy i ekologiczny. Zapał słabnie. Najważniejsze żeby się nie poddawać. Jeśli zjemy bagietkę czy czekoladowego batonika nie warto się tym zamartwiać czy czuć winnym tak jakby robiło się coś złego.

Wiem, że jeżeli jem zdrowo to mi to służy. Jak czasem mówię do swoich dzieci po zjedzeniu zdrowego posiłku mój brzuszek jest szczęśliwy 🙂 Nie można się nastawiać też w ten sposób, że jeżeli zmieniam swój styl życia to od razu osiągnę spektakularne efekty. Przestanę chorować, energia będzie mnie rozpierać itp. Nie można też za bardzo się przejmować rzeczami, na które nie mamy wpływu. Skażeniem środowiska, spalinami itp. Robić to co możemy, jesteśmy w stanie i się tym cieszyć.

Uważam, że największym naszym wrogiem jest życie w ciągłym stresie. Na szczęście są techniki, które pomagają radzic sobie ze stresem, redukować napięcie. Zamierzam wprowadzić je w życie. Wiem, że to się nie stanie z dnia na dzień. Wymaga stałej pracy. Zdaję sobie sprawę, że jest tego jeszcze dużo. Ciągle się uczę.

Na dzisiaj najważniejsze jest dla mnie by codziennie zjadać coś wartościowego, zielonego, nie denerwować się z powodu błahostek.

Podziwiam ludzi którzy w jednej chwili potrafią oczyścić szafki kuchenne ze śmieciowego jedzenia i następnego dnia już żyć inaczej. Wiem, że każdy z nas jest inny i inaczej do tego podchodzi.

Jednego jestem pewna: nie chcę wracać do dawnej diety, w której było dużo białego pieczywa, ciast i deserów.

Piąteczka

Biała trucizna i tu nie chodzi o cukier czy sól..

Kilkadziesiąt dni temu, a dokładniej w maju wreszcie przestałam ulegać propagandzie przemysłu mleczarskiego. Całe życie żyłam w przekonaniu, że mleko jest zdrowe. Przecież potwierdzali to lekarze.

Kampania społeczna: „Pij mleko! Będziesz wielki” wydaje mi się taką reklamą przemysłu mleczarskiego. Miała na celu wyprzedaż nadwyżek mleka zalegającego w magazynach. Tak jak kiedyś akcja „Cukier krzepi” sprzedaż nadwyżek cukru. Może bardziej właściwa byłaby akcja z hasłem: Pij mleko będziesz kaleką!

Dowiedziałam się, że mleko krowie jest niezdrowe. Szkodzi moim dzieciom, dla których jak każda matka chcę jak najlepiej. Co zrobiłam? Oczywiście natychmiast przerażona swoją bezmyślnością przestałam podawać mleko krowie moim najbliższym. Przez pierwszych kilka dni dzieci pytały się o mleko i czemu już nie dostają go na śniadanie i kolację. O dziwo bardzo szybko zapomniały. Na początku kupowałam na piątkowym targu świeże, niepasteryzowane i ekologiczne mleko owcze i kozie. Teraz kupuje dzieciom jedynie jogurty kozie i czasami biały serek kozi. Oczywiście ekologiczne.

Muszę się przyznać, że dawałam im do picia mleko UHT. Czyli najgorsze z możliwych. Zazwyczaj piły mleko dwa razy dziennie rano i wieczorem. Podczas kontrolnej wizyty lekarskiej (ONE) powiedziałam, że nie daję już dzieciom mleka bo dowiedziałam się o jego szkodliwości. Pani doktor nadal twierdziła, że mleko jest niezbędne w diecie przedszkolaków. Odradziła tylko kupowanie mleka UHT.

Tymczasem dla mnie sprawa stała się jasna. Mleko krowie przeznaczone jest dla cieląt a nie dla ludzi. Człowiek w swojej naturze nie został zaprogramowany tak żeby pić mleko krowie. Co dopiero mleko produkowane w fabrykach. Od krów, które przez całe życie spędzają w ciemnej oborze, a nie jak w reklamie na zielonym pastwisku. Poznałam dzisiejszy proces produkcji mleka i mówię mu stanowcze NIE!

Przyznaję, że nadal jemy masło i jeszcze z niego nie zrezygnowaliśmy. Jest to sprawa moich przyzwyczajeń i upodobań kulinarnych. Po prostu uwielbiam smak masła. Na szczęście potrafię doskonale rozpoznać dobre masło.  Nigdy też nie używałam margaryny. Na pewno o tym napiszę w jednym z kolejnych postów. Do poniedziałku kupowałam bio masło w supermarkecie Colruyt w 100 procentach ze śmietany. W ten poniedziałek idę do sklepu, biorę kostkę masła i co widzę? Etykieta jest mniej zielona, nieznacznie zmieniona. To od razu wzbudziło mój niepokój. Niestety słusznie. Skład masła pozostał zmieniony! Przepisy mówią, że aby masło nazwać masłem musi się ono składać z co najmniej 82% tłuszczu mlecznego a nie 100%. Resztę mogą stanowić różne domieszki np. tanich i kiepskiej jakości olejów roślinnych. Tak też się stało. Produkt bio z Aldiego czy Delhaize nazywany masłem dla mnie nim nie jest. Ma inny zapach i smak. Napis eko czy bio na opakowaniu może uśpić naszą czujność. W przypadku masła łatwo to zweryfikować. Wystarczy ocenić zapach i konsystęncję w sklepie.  Musiałam wybrać się do ekologicznego sklepu. Do wyboru miałam masło z trzech różnych firm. Dwa z nich okazały się być masłem 82% z domieszką.

Warto dodać, że doktor J. Fuhrman stanowczo odradza podawanie masła dzieciom. W swojej książce: „Zdrowe dzieciaki” zamieszcza listę tego co najbardziej szkodzi dzieciom. Jest to masło i ser, które wymienia na szczycie spisu. Argumentuje to tym, że zawierają mnóstwo tłuszczów nasyconych i szkodliwych substancji chemicznych.

Polecam filmik: https://www.youtube.com/watch?v=zaT6aXQt3ik

Ps. Już niedługo wpis o alternatywnych źródłach wapnia.

Piąteczka

ocet jabłkowy

Dzisiaj przepis na ocet jabłkowy. Bogaty w witaminy, minerał i enzymy. Zdrowy, naturalny probiotyk, który ma wiele zastosowań. Najczęściej używam go przy robieniu dressingu do sałatek.

ocet

Przygotowanie:

Obierzyny ze zdrowych jabłek wkładamy do wyparzonego szklanego naczynia. Może to być np. butelka lub słoik. Zalewamy letnią przegotowaną wodą z miodem (lub cukrem) w proporcji 1 łyżka na szklankę wody. Zawiązujemy naczynie płótnem/gazą tak żeby nie wleciały do niego muszki owocówki. Zostawiamy w temperaturze pokojowej. Po 3-4 tygodniach ocet jest gotowy do użycia. Można go zużyć od razu lub przecedzić do butelki. Octu nie trzeba przechowywać w lodówce ale dobrze trzymać  w chłodnym i ciemnym miejscu. Im starszy tym lepszy.

Jeśli nie uda nam się uzbierać jednego dnia wystarczającej ilości obierzyn można odłożyć je do lodówki i zbierać 2-3 dni. Zapominalskim radzę zapisać datę nastawu. Niektórzy zalecają by ocet co 2-3 dni przemieszać czystą, drewnianą łyżką i sprawdzać czy nie wdała się pleśń.

Składniki:

  • skórki i ogryzki z ekologicznych jabłek
  • woda
  • miód lub cukier

Kupując ocet jabłkowy zwróćmy uwagę na to czy jest naturalnie fermentowany, niepasteryzowany i oczywiście ekologiczny 🙂

Piąteczka

piątkowy deser

Bardzo szybki mus czekoladowy poprawiający samopoczucie.

Deser dla zmęczonych i zestresowanych 🙂

Ma dużo magnezu, potasu, antyoksydantów, wit C i żelaza. Jest tu też wiele innych cennych składników. Jednym słowem samo zdrowie 🙂 Dobra wiadomość dla tych których martwią dodatkowe centymetry w pasie jest taka, że samo kakao (bez cukru) zmniejsza apetyt i poprawia trawienie. Surowe ziarna kakaowca (raw) zaliczane są do super żywności.

kdeser

Składniki (5 porcji):

  • 9 dojrzałych bananów (około 1,5 kg)
  • dwie łyżki surowego kakao
  • chipsy kokosowe (grube wiórki jak na zdjęciu) lub zwykłe wiórki kokosowe

Przygotowanie:

Banany miksujemy z kakao w mikserze lub blenderem żyrafą na gładki mus. Można też je łatwo rozgnieść widelcem i wymieszać z kakao. Przekładamy do miseczki i dekorujemy chipsami/wiórkami kokosowymi. Mus dobrze smakuje po schłodzeniu. Smacznego.

Piąteczka

pieczone są jabłka

„Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek,

a na tym stoliczku pleciony koszyczek,

W koszyczku jabłuszko, w jabłuszku robaczek”

Wiersz Jana Brzechwy przypomina mi smaki dzieciństwa.

IMG_2359

Któż z nas w dzieciństwie nie zajadał się jabłkami. W naszym domu skrzynka jabłek starczała na tydzień. Pyszne stare odmiany hodowane w Polsce takie jak chociażby kosztela, koksa, malinówka, szara reneta, papierówka rosły w ogrodach naszych dziadków czy rodziców. Są nie tylko smaczne ale jak przekonują naukowcy również bardziej wartościowe niż nowe odmiany. Potwierdziły to liczne badania, których nie będę tu przytaczać. Wspomnę tylko, że dawne odmiany mają m.in. więcej antyoksydantów, witaminy C oraz tzw. suchej masy czyli mówiąc w skrócie zawartości jabłka w jabłku. W dodatku drzewa starych odmian są bardziej odporne na szkodniki, choroby i mróz przez co nie wymagają chemicznej ochrony.

Polecam jabłka z robaczkiem czyli te ekologiczne. Bez ogromnej ilości pestycydów i herbicydów, które sprawiają, że obecnie jabłka są klasyfikowane w czołówce  owoców najbardziej skażonych chemią.


Pieczone jabłka

Umyłam jabłka, wydrążyłam środki pozbywając się gniazda nasiennego. Włożyłam po 3-4  rodzynki, później maliny. Posypałam mąką migdałową i wstawiłam do nagrzanego na 160 stopni piekarnika na około pół godziny (aż do pęknięcia jabłek).

Podałam dzieciom na podwieczorek z brązowym ryżem polanym syropem klonowym.

Składniki:

  • 5 jabłek
  • mrożone maliny (około 20 sztuk)
  • rodzynki (garść)
  • mąka migdałowa

pieczone

Znane angielskie przysłowie mówi: „An apple a day keeps the doctor away” lub w polskiej wersji : „Jedno jabłko z wieczora i nie trzeba doktora”

Piąteczka

Dla tych co im marzną ręce i stopy

brrrr brrr zimno…

Październikowe chłodne poranki sprawiają, że robi mi się coraz zimniej. Marzną mi ręce i stopy.

Co tu robić by poprawić krążenie? szczotabliskoMoże z pomocą przyjdzie szczotka lub rękawica?

Jaka? Już wyjaśniam: taka do szczotkowania ciała na sucho, najlepiej przed kąpielą lub prysznicem.

Od dawna wiedziałam, że szczotkowanie poprawia krążenie. Myślałam jednak, że to nie dla mnie. Dlaczego? Ponieważ gdy robi się zimno to moja skóra staje się ściągnięta i sucha. Sądziłam, że taki suchy masaż tylko dodatkowo ją podrażni. Błędnie uważałam, że każda szczotka z naturalnego włosia jest szorstka. Postanowiłam spróbować, a że moja skóra jest nieprzyzwyczajona do tego typu zabiegów zaczęłam od masowania rękawicą, którą miałam w domu.

Z biegiem czasu warto zakupić do tego zabiegu specjalną szczotkę i upewnić się, że jest z naturalnego włosia, a nie tylko taką przypomina. Szczotka powinna być delikatna, miękka, naturalna, by nie podrażniała naszej skóry. Szczotkowanie nie może sprawiać bólu. Gdy robimy to z wyczuciem nie spowoduje to żadnych podrażnień a wręcz przeciwnie. Skóra po takich zabiegach staje się gładka, miękka, delikatna. Jak w reklamie 🙂 Także mamy dużo korzyści w cenie szczotki lub rękawicy (kilka, kilkanaście złotych), a na taki zabieg wystarczy poświęcić pięć minut rano lub wieczorem. Jeszcze dodam, że ważne aby taki masaż robić na sucho bez olejków czy balsamów.

szczotamydlo2

Jak szczotkować?

Dwie podstawowe zasady są takie, że masujemy od dołu do góry (czyli najpierw stopy) i  w kierunku serca, węzłów chłonnych. Szczotkując ręce zaczynamy od dłoni. Same możemy zapewnić sobie namiastkę spa w domu. Taki masaż poprawia nasze samopoczucie, redukuje stres, poprawia krążenie. Szczotkowanie ciała przynosi też inne świetne rezultaty. Działa jak peeling, ujędrnia skórę, zmniejsza cellulit. Znikają obrzęki. Co ciekawe taki masaż pomaga również pozbyć się z organizmu toksyn i poprawia trawienie.

Na razie mam rękawicę i pięciominutowy masaż całego ciała świetnie poprawia ukrwienie mojej skóry i krążenie.  Po prostu jest mi ciepło i miło. Po takim zabiegu czuję się zrelaksowana. Jest to super prosta i wręcz darmowa sprawa (poza zakupem rękawicy/szczotki) a jaka poprawa samopoczucia 🙂

Dla zainteresowanych filmik, który pokazuje w jaki sposób masować skórę: https://www.youtube.com/watch?v=AZfMhXsjXeQ

Piąteczka

bezglutenowa kasza gryczana

Dzisiaj na obiad moja ulubiona kasza. Jak widać na zdjęciu jest to kasza gryczana palona. Może mniej zdrowa od niepalonej białej ale nadal bogata w krzem i wiele innych cennych składników. Krzem, na którego niedobory cierpi większość z nas. (Specjaliści obstawiają, że jest to 90% społeczeństwa, a wśród objawów jego niskiej podaży wymieniają np. żylaki, hemoroidy, zmiany miażdżycowe, problemy z kośćmi) Kasza gryczana jest też  wspaniała na poprawę samopoczucia. Sprawdziłam to wielokrotnie 🙂

kasza

Najlepiej ugotować kaszę sypką w proporcji 1:2. Kiedy kasza wchłonie całą wodę (co jest najlepszym rozwiązaniem gdyż nie wylewamy cennych składników do zlewu) dobrze przykryć ją ściereczką i odstawić na chwilę, gdy nie mamy czasu można oczywiście jeść. Taka kasza wcale nie potrzebuje żeby do jej gotowania dodawać jakiegokolwiek tłuszczu. Nieważne czy to olej roślinny czy tłuszcz zwierzęcy. Popularnym rozwiązaniem jest kasza sprzedawana w plastikowych woreczkach. Nie polecam tej opcji, ponieważ taka kasza nie dość, że jest droższa to dodatkowo gotujemy ją w plastiku w dużej ilości wody. Tak ugotowana kasza oczywiście nie jest już taka smaczna. Jeżeli jednak nie chce się Wam (nie macie czasu) gotować kaszy w tradycyjny sposób można wsypać sobie kaszy do większej ilości gotującej się wody i odcedzić ją na sitku. Jest to wersja bardziej ekonomiczna i zdrowsza 🙂

Są też sprawdzone stare sposoby naszych mam i babć na gotowanie kaszy. Wymagają więcej czasu, a może bardziej to jej przygotowanie rozkłada się w czasie. Sama ich nie stosuję chociaż miło wspominam zawinięty w koc i przykryty kołdrą garnek gorącej, idealnie sypkiej kaszy, który często czekał na mnie gdy wracałam ze szkoły do domu 😀

Dla tych co nie przepadają za smakiem kaszy gryczanej palonej radzę spróbować niepalonej. Może Wam zasmakuje. Ja jestem wieeelką fanką palonej i dla moich kubków smakowych to jest number one.


Przepis na kaszę gryczaną z warzywami

Gotuję w garnku dwie szklanki wody. Lekko solę, dodaję starkowany (bezpośrednio nad garnkiem) ząbek czosnku, wsypuję szklankę kaszy i zmniejszam palnik. Gdy woda się wchłonie zdejmuję z ognia i odstawiam.

W między czasie kroję w kostkę dwa pomidory, czerwoną paprykę w cienkie plastry. Cienko siekam natkę pietruszki i czerwoną cebulę. Warzywa mieszam w miseczce. Doprawiam solą i pieprzem. (Można też skropić octem jabłkowym żeby dostarczyć organizmowi dawkę probiotyku.)

Do podstudzonej, (nie gorącej) kaszy dodaję warzywa, pokruszony ser feta, trochę świeżych ziół (jeśli je mam w doniczce) – tutaj akurat tymianek – i zajadam 🙂

Składniki na 2-3 porcje (zależy od wielkości brzucha i apetytu)

  • szklanka kaszy gryczanej
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 pomidory
  • 1 papryka czerwona
  • 200 gram sera feta ( może też być twaróg solankowy wędzony, natomiast nie polecam serów typu feta)
  • pół czerwonej cebuli
  • kilka gałązek natki pietruszki
  • gałązka tymianku
  • sól i świeżo zmielony pieprz
  • ewentualnie kilka kropel octu jabłkowego

Piąteczka

zupa z dyni i soczewicy

Dzisiaj na obiad pyszna zupka z dyni i czerwonej soczewicy.

Dynia_Zupa

Zupa jest bardzo prosta w przygotowaniu i smakowała moim dzieciom. Ugotowałam ją na bulionie warzywnym. (U mnie marchewka, jarmuż i jabłko czyli to co zostało po wyciskaniu soku) Wrzuciłam kawałki dyni pokrojonej w kostkę tak żeby były tylko przykryte bulionem. (Zupę można też przygotować na samej wodzie) Dodałam trzy garści soczewicy opłukanej pod bieżącą wodą na sitku. Gotowałam aż do miękkości i rozgniotłam trochę dynię widelcem.

Nawet nie blendowałam. Co oczywiście można zrobić. Wyjdzie nam wtedy sycąca, słodkawa zupa krem, którą można posypać pestkami dyni, skropić olejem z pestek dyni. Ja akurat dodałam zmielonego w młynku kawowym sezamu, który zostałam mi po przygotowywaniu tahini do hummusu.

Składniki:

  • 1 mała dynia (widoczna na zdjęciu waży ok. 1 kg)
  • 3/4 szklanki czerwonej soczewicy
  • Bulion warzywny lub woda
  • Sól morska lub himalajska
  • Opcjonalnie do posypania/polania: pestki dyni, olej z pestek dyni, mielony sezam lub tahini

Piąteczka

Magnez z Hiszpanii

Uwielbiam migdały. Od zawsze. Większości z nas kojarzą się z dużą zawartością magnezu, a są bogactwem wielu innych cennych składników. Nieraz kupowałam paczuszkę, która starczała mi na kilka razy. Gdy potrzebne mi były migdały bez skórki zalewałam je wrzątkiem żeby łatwiej było mi ją zdjąć. Podobnie robiłam z rodzynkami. Teraz już tak nie robię. Wystarczy, że namoczę je w letniej wodzie. Dzięki temu nie tracą swoich wartości odżywczych.

Gdy przestałam pić mleko krowie szukałam zamienników. Kupiłam w sklepie „mleko” migdałowe popularnej firmy w kartonie. Nie smakowało mi. Również jego skład sprawił, że więcej po nie nie sięgnę. Dopiero mleko kokosowo-migdałowe zrobione w domu okazało się pyszne i bez szkodliwych substancji.

Po niedługim czasie odkryłam, że ważne jest to skąd pochodzą migdały. Te ze Stanów Zjednoczonych, a więc najczęściej dostępne w sprzedaży nie są surowe lecz pasteryzowane. Od 1 września 2007 roku wszystkie migdały kalifornijskie muszą być poddane pasteryzacji. Również te organiczne.  Jest to 80 % procent migdałów sprzedawanych na całym świecie. Za powód podaje się względy bezpieczeństwa. Wynika to z tego, że w 2003 i 2004 roku po zjedzeniu migdałów firmy Paramount Farms Inc. bakterią salmonelli w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie zaraziło się co najmniej 29 osób. Pasteryzacja ma wyeliminować potencjalne patogeny na ich powierzchni, w tym ryzyko zakażenia bakteriami salmonelli. Ale żeby od razu wydawać zarządzenie o pasteryzacji (zabijaniu wartości odżywczych) wszystkich migdałów? Przecież takie pojedyncze przypadki zatrucia salmonellą zdarzają się także po spożyciu innych produktów. Ciekawe co powiedzieliby na to zwolennicy surówek, tiramisu i ciastek z kremem. Jedząc sushi możemy złapać listeriozę lub inne bakterie, a nikt nie każe go pasteryzować i nie jest ono obwarowane prawnymi, narzuconymi z góry zakazami. Wręcz przeciwnie moda na sushi w Polsce pojawiła się kilka lat temu i nie przeminęła.

Wracam do migdałów.

Gdy szukano sposobów pasteryzacji migdałów najważniejsze okazało to by móc te metody stosować na masową skalę, nie ponosząc dodatkowych kosztów i nie tracąc czasu. Jak wiadomo, jest to masowa produkcja gdzie liczy się zysk a nie dobro (zdrowie) konsumentów. Kierując się tymi kryteriami za efektywną metodę uznano użycie ciepłego powietrza (prażenie) i zastosowanie podczerwieni. Rzekome względy bezpieczeństwa powodują, że zmienia się smak, tekstura i co najważniejsze wartość odżywcza, a na pasteryzowanych migdałach może nadal widnieć etykieta, że są surowe (raw). Przepisy tego nie zabraniają. Właśnie dlatego lepiej nie kupować kalifornijskich migdałów.magnez

Zrobiłam tak. Kupiłam paczuszkę w ekologicznym sklepie i od razu dostrzegłam różnicę. Migdały są pyszne. Skórka łatwo od nich odchodzi. Co najważniejsze nie są napromieniowane i surowe tylko z nazwy. Są po prostu bardzo zdrowe i pyszne, dlatego warto włączyć je do swojej diety. W skrócie przypomnę, że migdały alkalizują. Pomagają więc zachować równowagę kwasowo-zasadową organizmu. Są bogate w witaminy z grupy B (tiamina, ryboflawina, niacyna, wit. B6, kwas foliowy), witaminę E i minerały (takie jak wapń, żelazo, magnez, potas, fosfor, cynk, sód). Oczywiście są też doskonałym źródłem błonnika i niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych.

Dla kobiet w ciąży i karmiących piersią migdały są doskonałą przekąska. Moje dzieci uwielbiają dosłodzone daktylami mleko kokosowo-migdałowe, a masło migdałowe jest prawdziwym wysoko odżywczym rarytasem. Dlatego zachęcam wszystkich do jedzenia surowych migdałów 🙂

Piąteczka

Źródło tu: http://www.foodsafetynews.com/2012/02/usda-develops-new-more-efficient-method-of-almond-pasteurization/#.VhfYUPntmko i tu: http://www.naturalnews.com/021989.html